Uncategorized

realiści vs. realiści

Całe życie wydawało mi się, że nie potrafię zrobić szpagatu, tymczasem czynię to od wielu lat.

To znaczy pamiętam ten moment, kiedy na koncercie zespołu punkowego o uroczej nazwie Bunkier w porywie pogo zrobiłam jeden, ale w ogóle nie miałam takiego zamiaru. Do dzisiaj zastanawiam się, kto wpadł na genialny pomysł wyłożenia lokalu do pogo śliskimi kafelkami, które w zetknięciu z ludzkim potem robią się jeszcze bardziej śliskie.

Ale cóż, stało się. Traumatyczne przeżycie, ten szpagat, nie chciałam tego powtarzać.

A jednak.

Nie wiem, czy są na świecie takie gatunki literackie, które uważane są za bardziej odległe od siebie niż reportaż i fantastyka (wpisujcie propozycje). Ukochałam oba i dość często spotykam się z tym, że czytelnicy jednego gatunku patrzą z pewną dozą nieufności na tytuły tego drugiego. „To nie dla mnie” powiedziane z miną, jakbym oferowała komuś kurs chessboxingu.

W skrajnym przypadku zetknęłam się nawet z tym, że pewien przygodnie spotkany redaktor nazwał półgłówkami (albo podobnie soczystym epitetem, nie pamiętam już dokładnie) czytelników „Pieśni lodu i ognia” oraz tych innych opowieści, w których są „jakieś smoki (…)”. A Lem? A Lem to ponoć „coś innego”. Ale nie zdążyłam zapytać, co konkretnie, bo ok. 120 sekund wcześniej oświadczyłam z uśmiechem, że jestem jednym z tych półgłówków. To tylko podejrzenia, ale może własnie dlatego redaktor postanowił pozostawić rozmowę bez puenty i wykonać nagły odwrót. Zaznaczam, że nie wiem, czy na półce nocnej redaktora zalegają stosy reportaży, sam, o ile mi wiadomo, reporterem nie jest, ale sednem jest to, że na pewno nie ma tam fantastyki (Lem to „coś innego”).

Czy czytelnicy fantastyki sięgają po reportaż? Dla równowagi zacytuję teraz pisarza. Fantastyki rzecz jasna. Rozmawialiśmy o wannabe-debiutantach tego gatunku, o kalkach i ogólnie ludziach, którzy chcą napisać coś wiekopomnego, ale wychodzi coś pomiędzy fanfickiem a wypracowaniem maturalnym. „Problem jest taki” – powiedział pisarz – „że oni nie czytają nic poza fantastyką”.

Pomyślałam sobie wtedy, że to wiele wyjaśnia. Na przykład to, że jak wojna, to od razu „szczęk stali”, jak zakochanie to „zanurzyła się w jego spojrzeniu”, jeśli zatoka to „piratów”, albo „czaszki”, a w Erilei obok siebie radośnie rośnie dżungla i las dębowy. Wszyscy strzelają z łuków, nikt nie zakłada i nie ściąga cięciwy. Nigdy.

39a14065-9949-4e20-8b57-651afcaab8e8
„Zwiadowcy” – jedna z niewielu serii, w której łucznicy ściągają cięciwę. // Random House Australia

To tak z grubsza. Chciałabym się powstrzymać – ale nie mogę – przed przypomnieniem tego powszechnego dość przekonania, że reportaż jest taki ą, ę ależ z wysokich półek, do których sięgają tylko tylko najwięksi mądrale, a fantastyka to proste opowiastki rozrywkowe w tęczowych okładkach. Ludziom o takich przekonaniach, jako osoba aspirująca do fachu książkowej stylistki, jestem gotowa przygotować starannie dobrany sylabus.

Owszem, trudno się nie zgodzić ze stwierdzeniem, że do reportażu trzeba dorosnąć. Pamiętam osobiste, pierwsze zetknięcie z Panią Krall w liceum i to podskórne uczucie, że choć dociera do mnie treść, getto i wojna to jeszcze wiele z tej książki jest dla mnie zakryte i trzeba będzie do niej wrócić.

[!] Swoją drogą bardzo lubię tę swoją umiejętność bezlitosnego przyznawania, że na coś jestem jeszcze za mała i tę wyrozumiałość, która pozwala mi żyć w przekonaniu, że kiedyś nie będę.

Pamiętam też, jeśli chodzi o nonfiction, że na długie lata (licząc od osiemnastki) utknęłam na etapie literatury podróżniczej. Czyli tych, powiedzmy, lżejszych faktów, które powiodły mnie do książek Smoleńskiego. I wtedy się zaczęło chłonięcie przez osmozę.

Właściwie z fantastyką było to samo, tylko wcześniej. Do tego gatunku też trzeba dorosnąć, ale uświadamiamy to sobie na długo po odebraniu dowodu i przeczytaniu po raz pierwszy Harry’ego Pottera. Kiedy książki Rowling przestają być wyłącznie porywającą przygodówką, bo zaczynamy w nich dostrzegać trudne wybory i nagle rozumiemy błędy idealizowanych postaci. Uświadamiamy sobie, że Ślizgoni są wspaniali i potrzebni, bycie Gryfonem wcale nie jest takie łatwe, oczywiste i awesome, a Neville Longbottom jest z nich wszystkich najlepszy.

hp-neville
„I co z tego?” // J.K. Rowling

Zanim jednak sami zrozumiemy, że fantastyka nie jest wyłącznie rozrywką mamy za sobą już wagony paranormal romance, dystopicznych young adult, „Władcę pierścieni” i podobne mu książki, które warto przeczytać jeszcze raz jako człowiek na trochę wyższym levelu tego erpega zwanego życiem. Rynek nam to daje, bo jeśli Suzanne Collins wygenerowała pieniążki, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że Roth też to zrobi. I choć rokrocznie wydawane jest mnóstwo (gatunkowo) fantastycznych książek o niczym, albo o tym że, cytując Stephena Kinga, „warto mieć chłopaka”, to zawsze gdzieś zawieruszy się też taka, która opowie młodym ludziom o czymś naprawdę ważnym. I wychowa śmiałych bohaterów oraz nie mniej śmiałe bohaterki.

„Depesze” Michaela Herra i „Gra Endera” Orsona Scotta Carda zaglądają żołnierzowi do głowy. Biografia Steve’a Jobsa i „Królowie Dary” Kena Liu opowiadają o przyjaciołach, którzy zwrócili się przeciwko sobie. „Szachinszach” Kapuścińskiego, „Zgnilizna” Siri Pettersen i „Gdzie niebo mieni się czerwienią” młodziutkiej Lisy Lueddecke pokazują, jak czasem beznadziejni są ludzie w interpretowaniu woli Boga. Nie każcie mi wyciągać z wora argumentu ostatecznego, zawierającego się w dwóch słowach: Terry Pratchett.

Ale i tak to napiszę. Terry Pratchett. Którzy szydził z nas (Ciebie i mnie, tak) ciepło przez ponad 40 tomów „Świata dysku”.

Dobra fantastyka jest lustrzanym odbiciem dobrego reportażu. Pod warunkiem, że reportaż przegląda się w krzywym zwierciadle, które go tu zmniejszy, tam rozciągnie. Reportaż jest odrapanym budynkiem, a fantastyka – tym samym budynkiem, na który został nałożony wzorzysty mapping, często podkreślający te szczeliny i odpadający tynk. Jeśli reportaż jest hiperrealizmem, to fantastyka jest Van Goghiem. Opowiadają o tym samym świecie, choć może nam się wydawać, że czytamy o Narnii, Ziemiomorzu czy Panem.

Dobrze byłoby, gdyby działało to w obie strony. To znaczy, żeby faktolubni i realiści twardo stąpający po trzeciej planecie od Słońca, zajrzeli czasem do smoków i Elfów, bo tam – na pewno częściej niż we współczesnej literaturze pięknej – porusza się niemodne i banalne tematy (odwaga, lojalność, uczciwość, ratowanie świata i takie tam). Żeby sobie przypomnieć, po co to wszystko i jak w tych różnych niekomfortowych sytuacjach, o jakich często opowiadają nam reportaże, jednak pozostać człowiekiem, a nie orkiem.

Dlatego wzajemna nieufność jest tym wszystkim cudownie zbędna. Zbliżmy się do innych półek niż te „nasze” i nie pozwólmy, abym dalej stała w szpagacie, że tak zakończę akcentem egocentrycznym.

Traumatyczne przeżycie, ten szpagat, nie chciałabym tego powtarzać.

Reklamy
Uncategorized

Prawo badassa do dnia burrita. Trochę manifest/ -ścik

Życie nie zawsze przypomina jazdę bez trzymanki w wózku z supermarketu z gromkim „Łiii!” na ustach. Przez życie czasem się pełznie z prędkością tak niewielką, że zawstydza ruch drogowy na alejach Ujazdowskich w godzinach szczytu. Życie czasem przypomina oczekiwanie na wizytę u endokrynologa na NFZ. Czekasz, niby wiesz, że do czegoś to zmierza, ale wiesz, że jeszcze trochę tu posiedzisz.

Są takie wydarzenia, które wciskają przycisk „pauza”.

DOMpN2cVwAAXHin

Z jakiegoś powodu, w tamtym momencie od razu wrzuciłam na Kundla Jojo Moyes. Pierwsze moje spotkanie z tą autorką utopiłam zanim w ogóle do niego doszło, więc dla pewności wybrałam wersję elektroniczną. To znaczy Królowa Malita utopiła swój egzemplarz tej książki z koniem na okładce, ale z mojej winy, dowożąc mi usłużnie z Krakowa, przez ulewę, huragan i katastrofę podróży PKP, jakby w stolicy był deficyt na książki Jojo Moyes z koniem na okładce.

Przyznaję, że prawdopodobnie nigdy jej nie przeczytam.

Ponieważ ma konia na okładce.

Co jeszcze bardziej potęguje moje wyrzuty sumienia.

[!] Pamiętajcie, książek nie wolno niszczyć ani narażać ich na zniszczenie. Niezależnie od tego, co Wam pokazali w arcydziele kinematografii amerykańskiej, jakim było „Pojutrze”. Niezależnie od tego, że to Jake Gyllenhaal (czyt. Jyyllenhaal) wpadł na pomysł palenia książek.

Prawda jest taka, że chciałam zapoznać się nie z książką z koniem na okładce, ale z Lou z „Zanim się pojawiłeś”. I tylko z nią. Ewentualnie z tym uroczo złośliwym (w książce, ponieważ w prawdziwym życiu nikt takich postaci nie potrafi zdzierżyć) człowiekiem imieniem Will, który już nigdy nie przestanie przypominać Sama Claflina. Ale moim głównym celem nie było wyrobienie sobie zdania o jego decyzji, motywacjach i sposobie ich przedstawienia w książce, które zdominowały dyskusje o niej. Chciałam przeczytać o pszczelich rajstopach i rzeczach, które pominęli w filmie. Stąd Moyes, bo „girls night” nie zawsze (choć często) oznacza seans „Black Hawk Down” połączony z podczytywaniem kolejnego reportażu o Bałkanach i/lub military science fiction.

[KILKA MIESIĘCY WCZEŚNIEJ]

Moja Skromna Osoba (MSO): Malita, widziałam film. Czy mogę przejść od razu do drugiego tomu, czy w pierwszym było coś, co Holiłód pominęło?

Królowa Malita (w swej klasie i ogładzie): Była jedna dość istotna rzecz z przeszłości Lou.

[KILKA MIESIĘCY PÓŹNIEJ] (nie bójcie się, bez spoilerów)

Dość istotna?!

DOŚĆ?

Nie to, że odpowiada na wszystkie pytania dotyczące motywacji i budowy tej postaci, nawet w kontekście stylu ubierania. Ale, nie, Holiłódzie, pomijaj sobie w spokoju ducha.

Dobrze pamiętam to zdanie. Bo po większości w tej książce raczej ślizga się wzrokiem, przyjemnie, ale i niezobowiązująco. A to przygwoździło moją uwagę z mocą progu zwalniającego, na który wjeżdżasz z prędkością niedozwoloną w terenie zabudowanym.

Pamiętam dokładnie dzień, w którym przestałam być nieustraszona.

Wszystkie lampki mi się zaświeciły, bo oto moja Lou, która miała mnie rozbawić, zaśpiewać głupią piosenkę, miała wchłonąć trochę mojego kłębka emocji różnych, ma jakiś sekret. W dodatku taki z gatunku tragicznych, którym zaraz się ze mną podzieli i w ten sposób pożegnam ideę jednostronnego współczucia (w stosunku do mnie).

Pops-Color

Tak, w filmie pominęli bardzo istotny szczegół. Przez co Lou-Emilia-Clark(e) nadal była nieustraszona w swoim optymizmie. W książce był on raczej wyrazem desperackiej niezgody na całe zło tego świata i punktem, w którym Lou tchórzliwie utknęła. Myślę, że ta jej niemożność pchnięcia swojego życia do przodu była związana nie tylko z Tym Wydarzeniem, które Holiłód Pominęło, ale też z desperacką życzliwością rysowaną grubym tuszem, która nastąpiła potem. Bo jeśli Takie Rzeczy się dzieją w zabitych dechami małych miasteczkach, to ten Wielki Świat musi być naprawdę nie do przejścia dla ludzi takich, jak Lou. Lepiej więc podawać kawę miłym staruszkom, niż stawić czoła Dorosłości, która zanim twoją desperacką życzliwość i optymizm uprzejmie rozjedzie małym czołgiem, powie że taka postawa życiowa jest uroczo naiwna. Bo przecież takie ryzyko istnieje. Wszak raz już się to wydarzyło. I na co ci to, Louiso.

Wolę Clark z książki.

Ponieważ są takie wydarzenia, które największym badassom wciskają w życiu „pauzę” i to jest bardzo ludzkie. Zarówno tym badassom od okrzyków wojennych, jak i od pszczelich rajstop. To ciekawe, że w książce hiperaktywna radość Lou okazuje się jej pauzą. W filmie jest po prostu hiperaktywną radością, która została pozbawiona refleksji o tym, jak przewrotna jest czasem ludzka psychika. Clark pozbawiono głębokiej, niespodziewanej rysy.

Moją ulubioną księżniczką Disney’a jest Mulan i nawet ona miała taki moment, kiedy ktoś wcisnął jej pauzę. Ale to w legendzie, pierwowzorze i filmowej adaptacji z fabryki chińskich superprodukcji (polecam), nie w Disnejówce. Jeśli w opowieści pojawia się badass, który nie ma ani jednego dnia, w którym zamienia się w burrito składające się z koca i siebie samego w roli farszu jest badassem niewiarygodnym, nieprawdopodobnym i (jeszcze jeden synonim, już kończę, obiecuję) nie do uwierzenia. Albo badassem z powieści dla dzieci, ale to insza inszość.

Nawet Aragorn miał dzień burrita. Dwa. Tydzień. Parę lat. No, -dziesiąd.

Stare porzekadło mówi, że nie jest badassem ten, kto nie ma dnia burrita. Jest nim bohater, który trochę wcześniej niż inni, zanim całkowicie wydobrzeje, kiedy jeszcze go trochę boli, ładuje się z powrotem na ten wózek z supermarketu.

Łiii.

Uncategorized

Dear Mr. Neal Postman,

  • SŁOWA: ISMET PRCIĆ, „(…ODŁAMKI…)”
  • MUZYKA: PIOTR MUSIAŁ, GRZEGORZ MAZUR, „THIS WAR OF MINE SOUNDTRACK”

(…lato, plaża, rakiety i rakietki…)

Bum.

W sumie trochę trzęsie. Chodniki przesyłają sobie dobra nowinę Moersem, że była eksplozja – w powietrzu, więc przesyłały ją sobie szeptem. Gdyby rakiety uderzyły w ziemię, chodniki by krzyczały, wstrząśnięte i zszokowane, że Żelazna Kopuła zawiodła.

Ale trzęsie i tak. Ręce się trzęsą.

Bum.

Rosyjscy turyści robią selfie. Check In: „Schron, TVL”. Twitt o treści: „Znowu atak! Dwie rakiety!”

Bum, bum.

Były cztery „bumim”. Wychodzimy ze schronu. Z powrotem na plażę. Przystojni Izraelczycy kontynuują grę w rakietki.

To co widzisz, nijak nie pasuje do tego, co przed chwilą słyszałeś.

Z pamiętnika Ismeta Prcicia

 Ojciec mówił, że wszystko będzie dobrze. Ale nic nie było dobrze. Ludzie naprawdę okazali się „aż tak głupi”. Wojna wybuchła naprawdę.

Ismet Prcić. Autor i bohater „Odłamków”. Bośniak, któremu udało się uciec z wojny domowej w latach 90. do Stanów Zjednoczonych. Jego wojna nie była luksusowa, kiedy już wybuchła, rozerwała go na trzy strzępy: Ismeta, Izzy’ego i Mustafę. A może dwa? Może więcej? Wszyscy spotykają się w jednej książce, żeby uzupełnić historię faktyczną o nieprawdziwe wątki, żeby była prawdziwsza. Bo klucz do czytania „Odłamków” znajduje się na stronie 36:

Prcić w „Odłamkach” rozszczepia się. Pisze jako dziecko wojny, zupełnie zielony „żołnierz”, uchodźca, artysta, zakochany nastolatek, sugeruje nam, że jest nimi wszystkimi, ale niczego nie potwierdza, ani nie mówi wprost. Fabuła tej książki wcale nie musi być autobiografią, a na świecie nadal znajdzie się mnóstwo ludzi, którzy mogliby wygrać sprawę o przyznanie do niej praw.

Słychać, że pisarz tam był. Wojna u Prcicia brzmi nie tak, jak w filmach hollywoodzkich. W opisach nie znalazłam kalek z innych książek o tej tematyce. Prcić łamie schematy, literackie konwenanse i dzięki temu udaje mu się oddać wojenne napięcie, gęstość i muzykę. Ścieżkę dźwiękową. Zrywami staccato. Czasami fortissimo possibile. Po czym subito piano.

Zawsze w tonacji molowej.

W „This War of Mine” słychać gitarę, znalezioną gdzieś w ruinach sąsiedniego domu, którą udało się połatać, poświęcając cenne drewno. Warto było, bo jej dźwięk wypełnia powietrze, dla odmiany czymś innym niż huk bomb. Nawet jeśli w miarę przyzwoicie umie grać na niej tylko Zlata.

Zlata istniała naprawdę, i to nie raz. „This War of Mine” istniało i istnieje naprawdę. Oficjalnie gra jest oparta na wspomnieniach oblężonego Sarajewa, ale jest też echem Alleppo TERAZ.

Wiele się o tej grze mówiło, przeważnie w obronie przed ludźmi, którzy opisywali ją słowami „krew się leje po ekranie”. Choć się nie leje. „This War of Mine”, owszem, jest brutalne, ale nie w taki sposób, do którego już zdążyliśmy się przyzwyczaić, w kontekście gier i filmów. Brutalnie zmusza nas do wyborów balansujących pomiędzy egoizmem, przetrwaniem, poświęceniem czyjegoś życia itd. To nie jest łatwa decyzja, nawet w przestrzeni wirtualnej – dla mnie nie była. Nie warto się rozwodzić, czy gra w pełni oddaje wojenne realia (bo nie oddaje, ale tak samo nie oddają jej filmy dokumentalne, musiałyby być w 5d chyba). Ważniejsze jest to, czy jest nas w stanie czegoś nauczyć (a jest w stanie).

Ścieżka dźwiękowa to wspomniana już gitara Grzegorza Mazura. I muzyka orkiestrowa skomponowana przez Piotra Musiała. Niesamowita.

Fakt, tak jak mówili twórcy, jest trochę jak Gustavo Santaolalla i jego „The Last of Us”, ale mniej w niej underscoreingu. W połączeniu z tym, że system gry czy grafika (cudownie 2d) mniej angażuje naszą uwagę, muzyka potrafi wyjść z ekranu. Jest taki moment w „When the Night Comes”, który już kilka razy sprawił, że podskoczyłam na fotelu w trakcie przeszukiwania kolejnych lokacji, bo byłam pewna, że coś złego nadchodzi. Przyzwyczaiłam się już, że muzyka zmienia się, kiedy nadchodzi zagrożenie. Nie w tym przypadku. To tylko piękna sekcja dęta, bębny i pianino, która sprawdza moją czujność. Poza tym toczą się dźwięki mgliste, pełne napięcia, ciężkie i pokryte grubą warstwą pyłu.

Ale jest i tak:

Jest jeszcze gitara elektryczna, smyczki podnoszące na duchu i lekka perkusja. „Still Alive Inside”.

Możliwe, że ileś odłamków Prcicia jest martwych, bo zaginęły na wojnie, ale niektóre z nich przeżyły. I mają się na tyle dobrze, żeby pisać, zmagać się z traumą, nazywać ja słowami i obudować w historię. Warto było przekuć traumę na książkę/ grę.

Gdybyśmy tylko jeszcze my, odbiorcy, traktowali książki/ gry inaczej niż jak coś, co ma nas wyłącznie zabawić. Może przestalibyśmy być „aż tak głupi”. Czuję, Panie Postman, że właśnie o to Panu chodziło.